Jak zdobyć Damavand – górę diabła?

Najwyższy szczyt Iranu 5610m n.p.m. Wulkan, o którym jedni mówią, że jest uśpiony a inni, że wciąż aktywny z powodu wyziewów siarki na szczycie. Jeśli to odór siarki ma wskazywać na obecność diabła to na Damavandzie musi często bywać 🙂

Do Iranu wybraliśmy się na początku sierpnia. Lipiec i sierpień to najlepsze miesiące do zdobycia szczytu- pogoda jest wręcz gwarantowana. Wiosną i jesienią niskie temperatury i śnieg powodują, że wejście na szczyt jest bardzo trudne. W czasie naszej wyprawy temperatury poniżej zera były tylko w nocy, a śniegu na trasie praktycznie nie było.

Na lotnisku

Wyprawę zorganizował Arrarattek.pl i to jego busem trafiliśmy z Teheranu u podnóże góry. Choć to tylko 80 km to poruszanie się jest mozolne głównie ze względu na korki i słabej jakości drogi. Minęliśmy Polur – miasteczko, które jest najpopularniejszym punktem wypadowym dla wspinaczy i nocowaliśmy kilkanaście kilometrów dalej w Ask. W Polur znajduje się Camp 1, czyli budynek Federacji Górskiej ze schroniskiem 2.300m gdzie należy uiścić opłatę za wejście (permit) w wysokości 50 USD za osobę. Stąd można już ruszyć pieszo na szczyt. Ci, którzy nie mają zorganizowanego transportu mogą dotrzeć do Polur taksówką lub z centrum Teheranu do stacji Farhangsara metrem, a stamtąd autobusem jadącym do Amol w stronę Morza Kaspijskiego.

W górę!

Nas w górę zabrał bus najpierw do Camp 1 po permit, a później z parkingu samochody terenowe. Terenówkami dojechaliśmy do Base Camp 2 na wysokości 3000m. Tam nasze bagaże powędrowały na konie a my z lekkimi plecakami ruszyliśmy w stronę kolejnego obozu na wysokości 4220m.

Najbardziej charakterystycznym elementem Base Camp 2 jest niewielki meczet ze złotą kopułą. Można tu przenocować w namiocie, wypić herbatę, kupić wodę czy skorzystać z ubikacji. Dla zdecydowanej większości turystów jest to jednak tylko baza przeładunkowa 🙂

Camp 2

Droga pod górę była łagodna. Rzadka roślinność nie sięgała wyżej niż do kolan, a w sierpniu ciężko było doszukać się zieleni. Większość ścieżek jest piaszczysto-szutrowa i mocno zakurzona. W spacerowym tempie dotarliśmy po sześciu godzinach do Camp 3 czyli Bargah Sevom New Hut – schroniska zlokalizowanego na wysokości 4.200 m. Jest to główna baza wypadowa na szczyt. Choć trudno napisać o nim, że jest ładne, to w stosunku do innych schronisk tego typu jest schludnie. Łazienka jest łatwo dostępna i czysta, a umywalka ma kilka stanowisk. W porównaniu do koszmarnego Meteo na Kazbegu to wręcz luksus.

Aklimatyzacja

Tego samego dnia po posiłku weszliśmy aklimatyzacyjnie na 4.500m. Noc spędziliśmy w wygodnych namiotach. Schronisko w szczycie sezonu jest mocno zatłoczone. W namiotach za to jest zimno nawet w sierpniu. Temperatura na zewnątrz spada do minus kilku stopni. Ciepły śpiwór i materac to często za mało 🙂 Trzeba włożyć na siebie bieliznę termiczną, spodnie i kurtkę. Rękawiczki i czapka też się przydają. Rano słońce sprawia, że robi się dość szybko ciepło.

Camp 3

Kolejny dzień wyprawy to wypad aklimatyzacyjny na wysokość 4750m. Tak naprawdę to nic innego jak spokojne, trekkingowe wejście z długim przystankiem na najwyższej tego dnia wysokości. Dookoła piękne widoki z ośnieżonym Damavadem na czele. Dla urozmaicenia zeszliśmy inną trasą niż weszliśmy. Próżno było szukać oznaczeń szlaku. Co najwyżej dwa pręty wbite w ziemię lub tym podobne znaki. Ktoś nie znający topografii terenu miałby duży kłopot bez przewodnika. Tego dnia prawie wszyscy poczuli, że wysokość dokucza. Nienaturalne zmęczenie, spowolnienie i ból głowy poczuli prawie wszyscy. Po powrocie posiłek, odpoczynek i przygotowanie do nocnego wymarszu.

Atak szczytowy.

Zostaliśmy podzieleni na 2 grupy. Wolniejszą, która wyruszyła o 2.00 i szybszą startującą o 3.00. Wymarsz w nocy, w chłodzie z odczuwalnymi skutkami choroby wysokościowej nie należy do napawających entuzjazmem. Przez kilka godzin patrzyłem tylko na buty idących przede mną i skały pod nogami. Moja czołówka zaczęła niedomagać. Na szczęście zaczęło się rozjaśniać i razem z poprawą widoczności pojawiła się odrobina entuzjazmu. Szliśmy wolno z krótkimi przystankami. Nasz przewodnik Musa koordynował obie grupy tak, że koło 7.00 spotkaliśmy się ponownie. Powyżej 5.000m pojawiły się pierwsze kłopoty. Żanecie zaczęło być nienaturalnie zimno. Złe samopoczucie, przytłaczające zmęczenie i nudności odbierają wolę walki. Na szczęście chemiczne ogrzewacze, ciepłe płyny i kombinacja przytulania z rozcieraniem pomogły. Tabletka Ondansetronu pewnie bardziej 🙂 Ruszyliśmy dalej.

Podejście na Damavand jest dość monotonne. Łagodne zbocza z wulkanicznymi skałami nie są technicznym wyzwaniem. Krajobraz zmienia się diametralnie na ostatnich kilkuset metrach wysokości. Robi się płasko, choć zbocza są nadal mocno nachylone. Grunt staje się twardszy a skał praktycznie nie widać. Miałem wrażenie, że właśnie odjechały stąd walce, a brukarze szykują się do położeni kostki. Tylko ogrom otaczającej przestrzeni nie pasował do moich wyobrażeń. Za sugestią przewodnika zostawiliśmy plecaki, by ostatnie kilkaset metrów pokonać bez obciążenia.

Pojawiły się pierwsze wykwity siarkowe, żółte skały, a na końcu odór związków siarki. Tuż przed szczytem siarkowe fuzle są dość blisko szlaku. Smród i gryzący odór utrudniają podejście ostatnich metrów. Odradzam zatrzymywanie się w tym miejscu i podziwianie widoków. Podrażnione oczy piekły nas jeszcze cały następny dzień pomimo tego, że przewodnik zapewniał nas, że dziś siarkowe wyziewy nie są zbyt intensywne.

I wreszcie szczyt.

Niewielki krater otoczony żółtymi skałami i metalowa tablica z napisem Damavand. Nie mogło obyć się bez gratulacji, wymiany uścisków i sesji zdjęciowej. Żądnym widoków polecam obejście krateru dookoła. Damavand jest samotnym wulkanem i wszystkie wzniesienia wokół są dużo niższe, co daje niesamowite wrażenie widokowe. Kilkanaście minut entuzjazmu i droga w dół. Znów smród siarki. Idąc w dół, oddaliliśmy się od niego dużo szybciej. Później plecaki na ramiona i w drogę. Mozolne schodzenie po szutrowym gruncie. Entuzjazm opadł, zmęczenie narastało, a do obozu było daleko.

Okazało się, że Żaneta, która była w dobrej formie na szczycie zaczyna szybko słabnąć. Praktycznie nie mogła iść. Większość drogi pokonała podtrzymywana przez przewodnika. Zarówno nasz lider Musa, jak i jego prawa ręka Keivan ściągnęli ją najszybciej, jak się dało do obozu. Ze mną nic spektakularnego się nie działo, ale duszność trzymała mnie do wysokości 4500m. Każdy krok pokonywałem z wysiłkiem, sapiąc jak parowóz. Nasza grupa rozpadła się. Wzgórza dość dobrze maskowały kolorowe namioty naszego obozu i najkrótszy szlak. Pomimo instrukcji jakie otrzymaliśmy od przewodnika poprzedniego dnia nie obyło się bez zygzakowania. Kurz i pył towarzyszył nam nieustannie.

Na reszcie Camp 3

W obozie posiłek, wygodne krzesła i napoje bez mineralnych dodatków, które zdążyłem znienawidzić przez trzy dni. Żaneta pomału dochodziła do siebie. Przewodnik zdecydował, że dalszą drogę w dół pokona na koniu. Po krótkiej naradzie wszyscy zadeklarowali chęć zejścia niżej. Perspektywa wygodnego łóżka i prysznica była tak kusząca, że zmęczenie nie miało większego znaczenia. Spakowaliśmy rzeczy, podładowaliśmy czołówkę z power banka i ruszyliśmy na dół.

Tu na szlaku ruch był znacznie większy. Mnóstwo osób zagadywało nas „skąd jesteśmy?.. czy udało się wejść?” i gratulowało zdobycia szczytu. Atrakcją zejścia była Żaneta jadąca konno jak perska księżniczka 🙂

Nieoczekiwanie szybko zapadł zmierzch. Pokonywanie nieznanej i nie oznaczonej trasy okazało się trudniejsze niż przypuszczaliśmy. Jedynym drogowskazem były kupy koni, których nie brakowało na szlaku. Na spotkanie już w zupełnym mroku wyszedł do nas przewodnik i dopilnował, żebyśmy bezpiecznie dotarli do obozu. W Camp 2 odpoczynek, herbata i przepakowanie się do samochodów terenowych. Do hotelu dotarliśmy o 22.00.

Czytając opisy innych blogerów, gubiłem się w planie ich wyprawy. Dla tego pozwolę sobie dla porządku w skrócie go opisać:

  • 1 dzień Dotarcie z Teheranu w okolice Polur. Nocleg w Ask na wysokości 2300m.
  • 2 dzień Przejazd terenówką z Ask do Camp 2 3000m. Przepakowanie i wymarsz w kierunku Camp 3 4200m. Nocleg w Camp 3
  • 3 dzień Wyjście aklimatyzacyjne do wysokości 4750m. Powrót do Camp 3
  • 4 dzień Atak szczytowy- start 2.00, zdobycie szczytu 9.00, powrót do Camp 3 ok 14.00, zejście do Camp 2 ok 19.00 – powrót do hotelu.
  • 5 dzień powrót do Teheranu

Z relacji przewodnika zdecydowana większość grup po ataku szczytowym nocuje w Camp 3 i schodzi następnego dnia rano, co daje 5 dni wyprawy górskiej i powrót 6 dnia.

Herbata w Camp 2

Co zabrać na Damavand?

  • wysokie treki na atak szczytowy i niskie na podejścia
  • dużą torbę na bagaż główny i plecak podręczny (20 l wystarczy)
  • termos i camel bag lub jego odpowiednik
  • kije i stuptuty
  • latarka czołówka i power bank
  • rękawice najbezpieczniej 2 pary, czapka, bandana
  • górskie okulary i krem z filtrem UV
  • ciepła bielizna do spania w obozie i nocnego ataku
  • śpiwór i materac
  • krople do oczu, tabletki przeciwbólowe, przeciwwymiotne i nasenne

Musicie zabezpieczyć się przed nocnym chłodem zarówno w namiocie jak i w czasie nocnych godzin podejścia. Ja szedłem w kurtce z primaloftem i ocieplanych spodniach. Po wyjściu słońca szybko się ociepla. Skutki oparów siarki mogą złagodzić krople do oczu. Przed kurzem trudno się zabezpieczyć, ale stuptuty trochę pomagają.

Nasza ekipa zdobywców 🙂

Krótkie podsumowanie:

Damavand to góra o łagodnych zboczach, która nie wymaga żadnych szczególnych umiejętności a jedynie dobrej kondycji.

Bardzo szybko pokonuje się dużą wysokość. Większość wypraw zakłada wjechanie samochodami do Camp 2 i wejście do Camp 3 co daje około 2000m przewyższenia w ciągu jednego dnia. Podnosi to ryzyko choroby wysokościowej.

Najbardziej dokuczliwy jest kurz, pył, niskie temperatury w nocy i wyziewy siarki na szczycie.

Wymagania sprzętowe/ekwipunku są umiarkowane czy wręcz niskie.



2 thoughts on “Jak zdobyć Damavand – górę diabła?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *