Jak zdobyć Ararat i gdzie jest Arka Noego?

Ararat – święta góra Ormian, leżąca po tureckiej stronie granicy, na terenie zamieszkałym przez Kurdów, którzy nie czują się turkami. Zawiłości politycznych i historycznych tu nie brakuje. Ale naszym zadaniem było wspiąć się na szczyt i podzielić się tym, co przeżyliśmy. Udało nam się! Czy opis będzie Was satysfakcjonował oceńcie sami.

U podnóża góry

Zdobycie Araratu – najwyższego szczytu Turcji – 5137m n.p.m. nie jest trudne technicznie. To stary, wygasły wulkan o łagodnie opadających stokach położony w południowo-wschodniej części kraju tuż przy granicy z Armenią i niedaleko Iranu. Jego szczyt pokryty śniegiem najczęściej, jak przystało na wyniosła górę, osłonięty jest chmurami. Tym, którzy zaczynają przygodę z wysokimi górami przypominam, że sama wysokość jest już wyzwaniem i trzeba dobrze się do wyprawy przygotować. Krótki poradnik o chorobie wysokościowej tutaj.

Na Ararat

praktycznie nie można wejść samodzielnie. Wystarczała jednak obecność lokalnego przewodnika. W lipcu 2021r nikt od nas nie wymagał żadnego pozwolenia, choć takie informacje odnaleźliśmy w większości starszych opisów. Góra leży w strefie zmilitaryzowanej i przez pewien okres wejście na nią było w ogóle niemożliwe. Wydaje się, że obecnie napięcia w tym niestabilnym regionie nieco się zmniejszyły. Ormianie nadal jednak nie mogą przekroczyć granicy z Turcją i wejść na szczyt pomimo tego, że z ich stoicy, Erewania, góra jest doskonale widoczna.

Na mapach znajdziecie nazwę Ağrı Dağı czyli Ciężka Góra. Turcy nie używają nazwy Ararat nawet na pamiątkach dla turystów.

Zgodnie z tradycją to właśnie na zboczach Araratu miła osiąść biblijna Arka Noego. Poszukiwacze przygód do dziś próbują odnaleźć jej szczątki opierając się na Księdze Rodzaju „I osiadła arka w siódmym miesiącu, siedemnastego dnia tego miesiąca, w górach Ararat.” My, podobnie jak większość turystów, próbowaliśmy doszukać się biblijnej Arki w układzie skał kilkanaście kilometrów od podnóży góry. Nietypowy układ zboczy, przypominający olbrzymie wrzeciono miał symbolizować obrysy potężnej łodzi. Czy faktycznie przypomina Arkę oceńcie sami.

Ostatnie kępy trawy w drodze na szczyt

Co nam się udało:

– Lekkie treki na zejście oszczędziły nasze nogi przed otarciami

– Zabezpieczyliśmy camelbagi przed chłodem – rurka z izolacji hydraulicznej i polarowy pokrowiec na worek zdały egzamin 🙂

-Wysokiej jakości bielizna z wełny merynosa uchroniła nas w nocy przed atakiem szczytowym przed chłodem i dała komfort w czasie wspinaczki

Co nam się nie udało:

-Spakowaliśmy się w torbę bez kółek i plecak, które były bardzo uciążliwe w czasie przesiadki na lotnisku w Stambule

– Okazało się, że moja kurtka i softshel nie mają kapturów. Sytuacje ratowała cienka wiatrówka z kapturem, który najlepiej chroni przed zimnymi podmuchami.

-Wysiadła mi czołówka co bardzo utrudniło podchodzenie w nocy

Nasza miniaturowa drużyna

Nasza wyprawa

Planując wejście na górę, dość szybko zdecydowaliśmy, że skorzystamy z polskiego biura podróży. Nas wybór padł na ararattrek.pl, z którego usług byliśmy bardzo zadowoleni. Z jego pomocą kupiliśmy bilety do dużej miejscowości Van. Z lotnika odebrał nas szef biura – Musa Saltik i zawiózł do hotelu w Doğubayazıt – mniejszej miejscowości u podnóża góry, która jest główną bazą wypadową. Podróż minęła bez większych przygód. Jedyna uciążliwością była konieczność odebrania bagażu w Istambule po przylocie z Warszawy i nadania go do Van pomimo tego, że bilety docelowe otrzymaliśmy już na Okęciu. Lotnisko Ataturk jest olbrzymie. Przemierzanie go z bagażami w ręce jest mocno uciążliwe a wózki bagażowe były do wynajęcia za Liry tureckie, których nie mieliśmy 🙁

Obóz dolny

Pierwszego dnia

rano wyruszyliśmy busem na wysokość 2100. Większość naszych bagaży trafiła na końskie grzbiety, a my z małymi plecakami pomaszerowaliśmy łagodnymi zboczami w kierunku I obozu. Pogoda dopisywała, okazji na rozglądanie się wokół nie brakowało. Dookoła rozciągały się równiny porośnięte wyschniętą o tej porze trawą. Dobrze widoczne miasto oddalało się z każdą godziną marszu. Na szlaku nie było żadnych oznaczeń. Obecność naszego przewodnika – Ibrahima wydawała się niezbędna. Do I obozu na wysokości 3200m n.p.m. dotarliśmy bez większego wysiłku wczesnym popołudniem. Czekały na nas wygodne namioty i posiłek. Przyzwyczajeni, że na tej wysokości są tylko skały, cieszyliśmy się ze skąpej ale zielonej trawy między kamieniami. Nasza miniaturowa grupa złożona z Kasi, Tarasa – stomatologa z Rosji, przewodnika i mnie miała sporo czasu na odpoczynek. Największą atrakcją obozu był prowizoryczny prysznic. Możliwość zmycia z siebie kurzu była na wagę złota 🙂

Karawana w drodze do II obozu

W drugim dniu

bardzo niespiesznie ruszyliśmy na wypad aklimatyzacyjny do II obozu. Droga prowadziła głównie między kamieniami, częściowo po piaszczysto-szutrowym szlaku. Tu turystów pojawiło się już zdecydowanie więcej. Między nimi miniaturowe karawany koni wnoszące na górę sprzęt i wyżywienie. Do widoku koni o drobnej posturze wspinających się z bagażami pod górę przyzwyczailiśmy się bardzo szybko. Schodzenie im z drogi było stałym elementem trekingu. Po drodze wspaniały widok na Mały Ararat 3896m. I oczywiście pamiątkowe zdjęcia na jego tle. Wejście do drugiego obozu było już męczące, głównie z powodu wysokości 4200m. Kilkudziesięciu minutowy postój, w czasie którego obejrzałem obóz i droga w dół. Wokół już tylko skały i osuwający się gruz pod butami. Powrót do obozu I i prysznic 🙂

Mały Ararat

Trzeci dzień

to wyprawa z powrotem do II obozu i spanie na wysokości 4200. Droga praktycznie ta sama, choć na szerokim zboczu nie brakowało wielu ścieżek wspinających się do góry. Po drodze spotkaliśmy małżeństwo 60+ w kaskach. Pan posługiwał się dwoma kulami pod łokciowymi. Byłem przekonany, że pomaga sobie nimi przy podchodzeniu jak kijami. Po chwili spostrzegłem, że ma wiotki niedowład całej prawej nogi. W skalistym terenie, po osuwającym się szutrowym szlaku ciągnął nogę pod górę. Wysiłek jaki wkładał w podejście, musiał być niewyobrażalnie większy od naszego. Sympatyczną atrakcją był bardzo towarzyski pies rasy haski, wspinający się z dużo większą łatwością niż większość z nas.

Górny obóz

w ogóle nie przypomniał dolnego. Dużo namiotów ciasno wciśniętych między skałami, wąskie, strome ścieżki, zamieszanie i niestety bałagan. Obozowa toaleta wręcz odstraszała. Na szczęście mieliśmy spędzić tam tylko kilka godzin. Dla zabicia czasu wybraliśmy się na godzinny wypad pod górę w celu lepszej aklimatyzacji. Głównym zajęciem było przepakowanie i ubranie się na atak szczytowy. Nocny chłód okazał się niezbyt dotkliwy. Ciepła bielizna i kilka godzin do północy spędzone w ubraniu w śpiworze zapewniły termiczny komfort.

Szczyt Araratu i mgła

Czwarty dzień

zaczął się pobudką o 24.00. Atak szczytowy zaczęliśmy po krótkim posiłku o 1.00. Droga prowadziła jednostajnie pod górę. Kilka większych skał, na które trzeba się było wspiąć, nie były szczególnym wyzwaniem. Wolne, ale jednostajne tępo marszu pod górę było wyczerpujące. Okazało się, że pomimo stawiania nogi za nogą i tak wyprzedzamy grupy, które wyszły wcześniej, ale robiły dłuższe przerwy. Po trzech godzinach moja czołówka odmówiła posłuszeństwa. Szedłem tylko dzięki mrugającym światełkom moich towarzyszy. Prawie do 6.00 otaczał nas mrok a później mgła. Kiedy zaczęło się rozjaśniać doszliśmy do granicy śniegu.

Nasz przewodnik zdecydował, że idziemy dalej bez raków bo śnieg jest wystarczająco miękki. Nie przypadła mi do gustu ta decyzja, ale na wysokości 5000 m nie miałem ochoty na konwersację. Końcówkę góry pokonaliśmy po ubitym twardym śniegu. Przy silnym wietrze, który nam towarzyszył, wysiłek był naprawdę duży. Niestety nie mieliśmy szczęścia do pogody. Wszystko spowijała mgła, którą chłodne podmuchy osadzały w postaci szadzi na naszych ubraniach. Obiektyw aparatu po chwili też był zaszroniony. Sam szczyt to niewielki wzgórek, na którym z trudem mieści się kilka osób. Po kilkudziesięciu minutowej sesji zdjęciowej i wymianie gratulacji ruszyliśmy na dół. Najpierw po śnieżnej pokrywie później po kamienistym gruncie i tak aż do II obozu.

Schodziłem wolno,

czułem się bardziej zmęczony, niż to wynikało z pokonanego wysiłku. Przewodnik dał nam pełną swobodę w doborze tępa marszu. Taras poszedł szybciej, a kiedy widoczność się poprawiła, nasz przewodnik też nas opuścił. O godzinie 9.00 byliśmy już w obozie. Krótka rozmowa, wymiana uwagi, czas na pakowanie i przekazanie bagaży tragarzom. Po dwóch godzinach wymarsz do I obozu. Nauczeni doświadczeniem, że to właśnie przy zejściu buty ocierają spuchnięte stopy najbardziej założyliśmy lekkie treki. Droga nie była trudna, ale pokonana trasa na dużej wysokości zwolniła moje ruchy. Wygodny namiot w I obozie, zieleń i piękne plenery to było to otoczenie, w którym chciałem cieszyć się ze zdobycia szczytu. Wszyscy byliśmy trochę podekscytowani i bardzo głodni. Tego dnia Ibrahim, który dbał o nasze posiłki, poszedł spać i zostawił nas na głodniaka do kolacji 🙂

Szron przeniesiony ze szczytu na plecakach

Piąty dzień

to już spokojny wymarsz w kierunku drogi, z której podjął nas bus. Z zazdrością spoglądaliśmy na szczyt, który w tym dniu był pięknie widoczny i zapewnił śmiałkom wspinającym się na niego wspaniałe widoki. Pocieszaliśmy się, że nie było najgorzej, a najważniejsze, że udało nam się wejść. Biura zwykle zostawiaj jeden dodatkowy dzień na atak szczytowy w przypadku załamania pogody. Jest to jednak nie tylko utrudnienie, ale i dodatkowy wydatek. Od kierowcy dostaliśmy na powitanie arbuza smakującego wyśmienicie po długim spacerze w upale. Do hotelu w Doğubayazıt pojechaliśmy na skróty przez orne pola

Co musicie zabrać:

-ciepłą odzież zarówno wierzchnią jak i bieliznę. Ostatnia noc w drugim obozie jest chłodna a na szycie zimno i wietrznie

-ciepły śpiwór typu mumia

-ciepłą kurtkę z kapturem, rękawiczki cienkie i grube, czapkę

-raki (mogą być wypożyczone od organizatora) i dostosowane do nich twarde trekingowe buty.

-krem z filtrem i dobre okulary przeciwsłoneczne

Co się bardzo przydaje:

-kije do trekingu

-camel bagi – musicie dużo pić, żeby zmniejszyć obj. choroby wysokościowej

-własne turystyczne materace

-lekkie trekingowe buty na zmianę

Nasza wycieczka obejmowała też inne atrakcje

Pałac Ishak Pasa

Pałac Ishak Pasa

w Doğubayazıt to potężna budowla na wzgórzu oddalonym o kilka kilometrów od centrum. Do zwiedzania są masywne zabudowania, meczet, współczesna galeria i wnętrza pałacu. Poza meczetem wszystkie pokoje są całkowicie puste. Największą atrakcja jest sama architektura i piękne reliefy na ścianach. Nas zawiózł tam Ibrhim. Nie widziałem żadnego transportu publicznego. O ile z powrotem można zejść do miasteczka bez problemu pieszo, o tyle wyprawa pod górę może okazać się bardzo męcząca w upale.

Arka w skałach

Arka Noego

to układ skał w charakterystycznym kształcie łodzi. Tak naprawdę trzeba dużo wyobraźni, żeby w ukształtowaniu terenu dopatrzyć się Arki. Wybrać się jednak warto, bo okolica jest piękna. Dojazd górską drogą kilkanaście kilometrów od Doğubayazıt

Doğubayazıt

to niewielkie miasto, którego główną atrakcją jest Ararat i Pałac Ishak Pasy. Warto poświęcić mu popołudnie. Centralny deptak Inegol sprzyja spacerowi i zakupom. Miłośnicy markowych rzeczy mogą zaopatrzyć się w chińskiego Rolexa i torebkę z Prady na targowisku przy jego południowo-zachodnim końcu. Posiłek można zjeść w jednej z wielu restauracji typu Kebab. Wegetarianie też znajdą coś dla siebie 🙂 Jedzenie nie jest drogie. Koszt posiłku to przedział między kilkanaście a kilkadziesiąt złoty od osoby za dwudaniowy obiad z napojami. Ciekawostka: do posiłku pije się tu delikatny jogurt Ayran, który bardzo polubiliśmy. Herbatę podaje się po jedzeniu. Kawę parzoną po turecku trudno znaleźć. Mają ją tylko lepsze cukiernie i kawiarnie.

Jezioro rybne

Wycieczka nad Jezioro Rybie

to kolejna wycieczka zaoferowana przez biuro. Duże jezioro słynące z obfitości ryb i urokliwych pejzaży. Ryby były faktycznie fantastyczne przyrządzone. Infrastruktura wokół to jednak obraz nędzy i rozpaczy. Drewniane budki, podupadająca restauracja, posiłek pod namiotem. Dotrzeć tu można tylko samochodem.

Gorąca źródła w Diyadin

to już była niespodzianka. Oczekiwaliśmy basenów w plenerze, kąpieliska. Zastaliśmy betonowe baraki pokryte blachą falistą. Warunki iście spartańskie, baseny cementowe, ale za to woda naprawdę gorąca 🙂 Próbując skorzystać, zaczęliśmy od tych najbardziej gorących – nie byłem w stanie wejść dalej niż do kolan. Skorzystaliśmy dopiero z trzeciego w kolejności, a i tak 10 minut w wodzie było nie lada wyzwaniem. Woda mętna z charakterystycznym zapachem siarki. Pomimo całej toporności tego przybytku odwiedzenie go było ciekawe. Na wrażenia rodem z Pamukale nie liczcie 🙂 Dowiózł nas tu też przewodnik. Samo znalezienie miejsca wydaje mi się trudne.

Wycieczki po okolicy miały

jeszcze jeden niepowtarzalny urok. Prowadziły mało uczęszczanymi drogami przez kurdyjskie wsie. To trochę przeniesienie do innego świata. Wszechobecna bieda, pracujące dzieci i wychudzone zwierzęta. Widok stert suszącego się zwierzęcego nawozu przed domem to tutaj norma. Następnego dnia pojechaliśmy do Van – zdecydowanie większej miejscowości z lotniskiem międzynarodowym tuż nad wybrzeżem olbrzymiego jeziora o tej samej nazwie.

Centrum Kotów z Van

to bardzo osobliwe miejsce. Zacznę od tego, że nie jestem miłośnikiem kotów, ale i tak uważam je za godne zwiedzenia. Śnieżno białe futrzaki, z różnokolorowymi tęczówkami, wylegujące się na przygotowanych dla nich półkach to miły widok. Każdy wybieg miał basen, bo jak się okazały rasa kotów Van lubi pływać. Polecamy.

Ruiny zamku Van

stara twierdza, udostępniona dla zwiedzających wygląda najlepiej z dołu. Żeby wspiąć się na szczyt zabudowań, trzeba poświęcić około 20 min. Widok na miasto i jezioro. Atrakcja głównie dla miłośników ładnych widoków i historii, choć nie można jej odmówić wrażenia, jakie robi swoimi rozmiarami. Ruiny byłby świetnym obiektem do filmowania z drona. Mój jednak odmówił współpracy, podając komunikat „strefa wymagająca autoryzacji” 🙁

Wyspa Akdamar

to największa z naszych atrakcji po Araracie. Maluteńka wysepka ze starym ormiańskim kościółkiem Św. Krzyża z X wieku udostępnionym jako muzeum. Na jego ścianach znajdują się piękne reliefy ze scenami z Biblii. Wysepka ma malutką kawiarnię i piękną kamienistą plażę, która zachęca do kąpieli. Można tu dotrzeć za pokładzie łodzi dostosowanych do przewożenia turystów, które odpływają po zapełnieniu się zwiedzającymi. Przystań znajduje się tuż przy drodze D300. Łódź to wydatek rzędu 30 Lir, wejście na wyspę 15Lir.

Ruiny Cavustepe – kilka kilometrów od jeziora Van znajdują się ruiny zamku. Tym razem zobaczyliśmy tylko szczątki fundamentów wystające ze wzgórza.

Zdecydowanie większą atrakcja jest kościół Bartolomeusza (Baskale Albaryak) Niestety znajduje się on 130 km od Van i mimo tego, że nasz program obejmował jego zwiedzanie, zrezygnowaliśmy z niego ze względu na odległość.

Podsumowanie

powinniście wybrać biuro podróży (my polecamy ararattrek.pl) lub szukać przewodnika na miejscu

najlepszy okres na zdobycie Araratu to lipiec -sierpień – początek września.

Zadbajcie o wyposażenie i przygotowanie fizyczne do wspinaczki. Samo 5000m n.p.m jest już wyzwaniem



2 thoughts on “Jak zdobyć Ararat i gdzie jest Arka Noego?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.