Jak zdobyć Erciyes?

Ercijes Dagi 3917m n.p.m. to wygasły wulkan i najwyższa góra w środkowej Anatolii. Szczyt jest znany narciarzom (tutaj info dla narciarzy), gdyż na jego zboczach usytuowany jest olbrzymi ośrodek o tej samej nazwie. Ale zarówno wierzchołek jak i okolice to wspaniałe miejsce dla miłośników trekingu i wspinaczki wysokogórskiej.

Erciyes o wschodzie słońca

W czasie naszej wyprawy na narty postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody i przeznaczyć jeden dzień na zdobycie szczytu. Zebrane informacje wskazywały, że na szczyt organizowane są komercyjne wejścia dla turystów, a wynajęcie przewodnika kosztuje 300 Euro. Mając szczyt na wyciągniecie dłoni, postanowiliśmy wejść sami. Dodatkowym atutem była kilkudniowa aklimatyzacja w hotelu na wysokości 2200m.

Wyprawę rozpoczęliśmy od wyznaczenia trasy. Najbardziej przydatne okazały się wpisy osób, które wcześniej go zdobyły na Google Maps. Szlak letni prowadzący południową granią w zimie był bardzo niebezpieczny, dlatego wybraliśmy drogę prowadzącą stromym żlebem od obozu pod szczytem (Erciyes Çobanini Kamp alanı 3400m n.p.m.)

Pobudka, śniadanie i w drogę 🙂

Ustalenie trasy okazało się nieco uciążliwe. Po drodze jest mnóstwo małych wierzchołków i przełęczy, które uniemożliwiają poruszanie się w linii prostej. Pomimo tego, że szczyt jest dobrze widoczny z podnóża góry, co chwilę zmienialiśmy kierunek. Nie obyło się więc bez błądzenia między pagórkami. Marsz ułatwiały ślady po skuterach śnieżnych i ratrakach stanowiące doskonałe trasy dla skitourowców. Po trzech godzinach łagodnego podchodzenia pod górę dotarliśmy do miejsca przeznaczonego na obóz. Krótki postój i w górę.

Czerwona linia to nasza trasa zimowa, żółta – letnia prowadzi południową granią

Dalej nie szło już tak łatwo. Zbocze było bardzo strome więc założyliśmy raki. Duża ilość śniegu powodowała, że nogi zapadały się dość głęboko. W rezultacie poruszaliśmy się bardzo wolno. Zmęczenie i wysokość sprawiły, że nie byłem w stanie unieść wysoko stopy a postawiona 20 cm wyżej zapadała się często głębiej. W wytyczaniu trasy pomagały ślady prowadzące samym środkiem żlebu. Mieliśmy pewność, że dobrze idziemy 🙂 Kasia, która chciała zejść na chwilę z trasy, wpadła nagle w śnieg powyżej pasa. Nie obyło się bez strachu i zamieszania choć nic groźnego się nie działo.

Wspinając się, zauważyliśmy dziwną rynnę w śniegu szerokości około pół metra. Wyglądała tak, jakby ktoś ściągnął z góry kłodę drewna tylko, że żadnych drzew nie było w promieniu wielu kilometrów.

potężny głaz zawieszony na miękkiej skale wulkanicznej

Stromo do samego szczytu!

Nasze nadzieje, że po wyjściu ze żlebu stok będzie łagodniejszy, okazały się nietrafione. Najbardziej niebezpieczny był odcinek tuż przed szczytową granią. Był stromy, a śladów było wyraźnie mniej, co wskazywało, że część turystów zawróciła. Tu śnieg był twardy i wymagał wyrąbywania stopni. Nasi poprzednicy używali czekanów i pewnie asekuracji, której my nie mieliśmy. Udało się jednak dotrzeć do grani prowadzącej na szczyt. Dłuższą chwilę trzeba było poświecić na odnalezienie najwyższego punktu. Szczyt jest postrzępiony i tworzy go kilkanaście stromych wierzchołków. Wybraliśmy ten z flagą jako najbardziej reprezentacyjny na zdjęciach 🙂 choć wydaje mi się, że stojący obok był nieco wyższy. Po sześciu godzinach wspinaczki stanęliśmy pod flagą mocno zmęczeni.

Udało się!

Obowiązkowe pamiątkowe zdjęcie, filmik z piękną panoramą okolicy i w drogę na dół. Przyznam, że bardzo obawiałem się zejścia z tak stromego stoku. Okazał się to, jednak prostsze niż myślałem. Ten sam mechanizm zapadania się butów głęboko w śnieg, który tak bardzo utrudniał nam podejście, przy schodzeniu dawał poczucie stabilizacji. Bardzo szybko odkryliśmy też, skąd wzięła się rynna w środku żlebu. To był ślad po pośladkach osób zjeżdżających na pupie. Oczywiście skorzystaliśmy z tej techniki. Okazała się całkiem bezpieczna. Rynna utrzymywała kierunek, a raki pozwalały na kontrolowanie prędkości. Tylko w najbardziej stromych odcinkach szliśmy pieszo. Na wysokości obozu zabawa ze zjeżdżaniem się skończyła. Nasze humory popsuły się następnego dnia, kiedy obejrzeliśmy spodnie. Zmrożony śnieg wytarł nam mocno treki na pośladkach. Spodnie nadawały się do wymiany 🙁

Do końca wyprawy pozostała mozolna droga między pagórkami. Kiedy ukazały się wyciągi i nartostrady zaświtał nam pomysł, żeby zjechać na wyciągu. Baliśmy się jednak utknięcia na kanapie w powietrzu, gdyż zbliżał się czas zamykania wyciągów. Noga za nogą, ale w dobrych nastrojach dotarliśmy do hotelu.

zjazd na dół 🙂

Podsumowanie;

Erciyes Dagi to doskonałe miejsce nie tylko dla narciarzy zjazdowych i skitourowców, ale także miłośników trekingu wysokogórskiego.

Szczyt wydaje się stosunkowo łatwy do zdobycia w lecie. W zimie podejście stromym żlebem wymaga raków i obycia w górach. Czekany i asekuracja linami jak najbardziej wskazane.

Wyprawa zajęła nam około 9 godzin: 3 godziny do obozu 3400m, 3 godziny na szczyt i 3 godziny powrotu.

Pokonanie przewyższenia poziomu z 2200m na którym znajdują się hotele do 3917m jest mocno odczuwalne i męczące. Warto zaplanować wycieczkę po kilkudniowym pobycie na wysokości 2200m.

Osoby, które nie chcą atakować szczytu, mogą urządzić sobie pieszą wędrówkę z pięknymi plenerami. Do wysokości 3400m podejścia są łagodne, a trasa w zimie jest częściowo utwardzona dla turystów.

Jeśli jeszcze raz wybiorę się do Erciyes to będę miał ze sobą narty skitourowe, raki i czekan 🙂



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.