Chimborazo 6286 m – wejście na najwyższą górę świata

Najwyższy punkt Ziemi

Chimborazo nie jest najwyższą górą świata, jeśli mierzyć wysokość od poziomu morza. Pod tym względem pierwszeństwo należy oczywiście do Mount Everestu. Jest jednak najwyższym punktem na powierzchni Ziemi, jeśli wysokość mierzyć od środka naszej planety.

Powód jest dość niezwykły – Ziemia nie jest w idealną kulą, lecz jest lekko spłaszczona na biegunach i wybrzuszona w okolicach równika. Chimborazo leży blisko równika, a więc znajduje się bardzo blisko największego ziemskiego „wybrzuszenia”. W efekcie jego wierzchołek jest oddalony od środka Ziemi o ponad 2 km więcej niż szczyt Everestu.

To właśnie ta ciekawostka sprawia, że zdobycie Chimborazo ma wyjątkową wartość. Wchodząc na wysokość ponad 6200 m n.p.m., stajemy nie tylko na najwyższym szczycie Ekwadoru, ale również na najdalszym od środka Ziemi punkcie jej powierzchni.

Aklimatyzacja – Quito, Cotopaxi i dwa dni odpoczynku

Zanim ruszyliśmy na Chimborazo, mieliśmy już za sobą solidną część aklimatyzacji. Rozpoczęliśmy ją w trekingami w okolicach Quito (2850 m n.p.m). Następnie weszliśmy na Cotopaxi – 5897 m n.p.m.

Po zejściu z Cotopaxi zrobiliśmy dwudniową przerwę w Baños. Był to dobry moment, żeby trochę odpocząć, zjeść obiad w dobrej restauracji, wziąć prysznic i na chwilę zapomnieć o wysokości.

Potem ruszyliśmy do Riobamby. Miasto jest ważnym punktem wypadowym w góry, ale turystycznie wydała nam się zdecydowanie mniej interesująca niż Quito czy Baños. Ale nie przyjechaliśmy jednak do Ekwadoru po to, żeby zwiedzać Riobambę. Naszym celem było Chimborazo.

Z Riobamby pod Chimborazo

Z Riobamby następnego dnia ruszyliśmy busem w kierunku góry. Na jedną noc przenieśliśmy się do Chimborazo Base Camp, położonego na wysokości około 4000 m n.p.m.

Schronisko było urokliwe, miało swój górski klimat, ale szybko przypomniało nam, że jesteśmy już naprawdę wysoko. W domku panował taki chłód, że o jakiejkolwiek kąpieli można było zapomnieć. Z higienicznych luksusów pozostało nam więc umycie zębów. Spaliśmy pod grubymi kołdrami i w ciepłej bieliźnie.

Rano po śniadaniu znów wsiedliśmy do busa i ruszyliśmy jeszcze wyżej – na parking przy Whymper Hut, znajdujący się na wysokości około 4800 m n.p.m.

Na miejscu zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest to jeden z najwyżej położonych parkingów na świecie.

4800 metrów – zaczyna się właściwa wspinaczka

Z parkingu ruszyliśmy pieszo. Plecaki były pełne ubrań, sprzętu, jedzenia i oczywiście nadziei, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i zdobędziemy szczyt.

Podejście do Chimborazo High Camp zajęło nam około 2,5 godziny.

High Camp znajduje się na wysokości 5329 m n.p.m. To właśnie stąd mieliśmy wyruszyć na nocny atak szczytowy.

Początkowo zakładaliśmy, że będziemy nocować w namiotach. Na miejscu okazało się jednak, że zostaliśmy zakwaterowani w dużym, blaszanym budynku, który mieścił około 20 osób.

I tutaj czekało nas miłe zaskoczenie.

Blaszak okazał się całkiem przyjaznym miejscem. Materace były wygodne, przestrzeni wystarczająco dużo, żeby nie obijać się o śpiącego obok sąsiada, a temperatura była zdecydowanie wyższa niż w namiocie.

Nie oznaczało to jednak, że było ciepło.

Spaliśmy w grubych śpiworach o komforcie około -10°C, w ciepłych ubraniach, z czapkami naciągniętymi na uszy. Wysokość robiła swoje. Oprócz chłodu coraz bardziej dokuczało nam zmęczenie, bezsenność i charakterystyczny dla dużej wysokości brak apetytu.

Chimborazo a Cotopaxi – dwie zupełnie różne góry

Obie góry są niezwykłe, ale otoczenie Chimborazo wydało nam się zdecydowanie mniej atrakcyjne niż okolice Cotopaxi.

Cotopaxi zachwyca charakterystycznym, niemal idealnym stożkiem wulkanu i pięknymi krajobrazami wokół. Chimborazo jest bardziej surowe.

Powyżej około 4200 m n.p.m. krajobraz staje się niemal pustynny. Jest sucho, skalisto i zdecydowanie mniej zielono. Brakuje tej niezwykłej scenerii, którą zapamiętaliśmy z podejścia na Cotopaxi.

Również baza noclegowa zrobiła na nas gorsze wrażenie. Schroniska były niższej jakości, a wyżywienie, które otrzymywaliśmy podczas wyprawy, pozostawiało sporo do życzenia.

Ale w przypadku Chimborazo trudno mieć o to pretensje. To góra, na której wysokość i warunki dyktują swoje zasady.

Tutaj najważniejsze jest coś zupełnie innego – żeby bezpiecznie wejść na szczyt i z niego wrócić.

Nocny atak szczytowy

Na atak szczytowy wyruszyliśmy jeszcze przed północą.

Przed wyjściem z obozu założyliśmy uprzęże i raki. Zostaliśmy spięci po dwie osoby z przewodnikiem. Wszystko musiało być przygotowane, zanim wyszliśmy w ciemność.

Pierwsze kroki prowadziły po zamarzniętym szutrze. Kilkadziesiąt metrów wyżej pojawił się lód i od tego momentu to właśnie on stał się naszym podłożem. Z niewielkimi przerwami towarzyszył nam praktycznie aż do szczytu.

W ciemności światło czołówek wycinało z mroku tylko niewielki fragment terenu przed nami. Widać było przede wszystkim raki wbijające się w lód i sylwetkę osoby idącej przed nami.

Im wyżej, tym bardziej teren przypominał prawdziwy wysokogórski lodowiec. Mijaliśmy ostre lodowe granie i głębokie szczeliny. Niektóre z nich miały ponad metr szerokości. To nie było tylko trekkingowe wejście. To była wysokogórska wspinaczka.

Ponad 6000 metrów

Chimborazo jest zdecydowanie wyższe od Cotopaxi, ale różnica wysokości to nie jedyna rzecz, która daje się we znaki.

Ostatnie podejście – atak szczytowy jest znacznie dłuższe i trwa zwykle około 8 do 10 godzin.

Końcowa część trasy najpierw na wierzchołek Veintimilla, położony na wysokości około 6260 m n.p.m. To trochę zdradliwy moment, bo z tej perspektywy wydaje się, że jesteśmy już na szczycie Chimborazo. Tymczasem przed nami pozostaje jeszcze ponad godzina drogi. Z Veintimilla trzeba nieco zejść do śnieżnej kotliny, a następnie łagodnym zboczem wspiąć się na właściwy wierzchołek – Cumbre Whymper. 6286 m n.p.m Na tej wysokości ta ostatnia godzina jest wyjątkowo wyczerpująca.

Droga na sam szczyt nie jest już technicznie bardzo skomplikowana. Problemem jest wysokość i narastające zmęczenie. Ostatnie półtorej godziny podejścia z Carihuairazo było dla nas wyjątkowo wyczerpujące. Na szczęście zaczęło się nieco przejaśniać i zobaczyliśmy szczyt.

6286 m – jesteśmy na szczycie

Na szczycie stanęliśmy długo przed świtem.

Dookoła panowała ciemność, a światło czołówek powoli ustępowało pierwszym oznakom nadchodzącego dnia. Było zimno, byliśmy potwornie zmęczeni, ale satysfakcja była ogromna.

6286 m n.p.m. Chimborazo zdobyte.

Jak zwykle w takich chwilach było kilka zdjęć, uściski i krótka chwila, żeby nacieszyć się sukcesem.

Na dłuższe celebrowanie nie było jednak czasu.

Zejście – moja pięta achillesowa

Jeżeli podejście było bardzo wymagające, to dla mnie zejście tradycyjnie okazało się jeszcze większym problemem.

Moje nogi po wielu godzinach marszu na dużej wysokości zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Schodziłem coraz wolniej. Nie byłem w stanie wydłużyć kroku. Potykałem się, zahaczałem rakami o własne spodnie i buty.

Po raz kolejny przekonałem się, że dla mnie zejście z bardzo wysokich gór jest zdecydowanie trudniejsze niż samo podejście.

Co zabrać na atak szczytowy Chimborazo?

Wyposażenie potrzebne na Chimborazo jest w dużej mierze podobne do tego, które potrzebowaliśmy na Cotopaxi, ale ze względu na większą wysokość i dłuższy atak szczytowy warto potraktować przygotowanie szczególnie starannie.

Na atak zabraliśmy przede wszystkim:

  • raki – odpowiednio dopasowane do butów wysokogórskich,
  • uprząż wspinaczkową,
  • kask,
  • czekan,
  • ciepłe buty wysokogórskie dostosowane do raków,
  • rękawice – najlepiej kilka par, w tym bardzo ciepłe,
  • ciepłą kurtkę puchową,
  • kurtkę i spodnie membranowe chroniące przed wiatrem i śniegiem,
  • bieliznę termiczną i warstwy ocieplające,
  • ciepłą czapkę i komin/buff,
  • latarkę czołową,
  • okulary lodowcowe i gogle bardzo przydatne na wietrze,
  • krem z wysokim filtrem UV i pomadkę ochronną do ust,
  • ciepłe picie w termosie, (nasze camelbaki szybko zamarzały)
  • żele, batony i inne łatwo przyswajalne źródła energii,

Warto pamiętać, że na tej wysokości apetyt często znika, dlatego jedzenie powinno być przede wszystkim łatwe do przełknięcia i dostarczać dużo energii w małej objętości.

Najważniejszy jest jednak nie sam sprzęt, ale umiejętność posługiwania się nim. Raki, czekan, uprząż i lina nie powinny być dla nas nowością w dniu wejścia na Chimborazo. Nie będzie czasu na naukę.

Czy warto wejść na Chimborazo?

Zdecydowanie tak.

Chimborazo nie jest może tak piękne jak Cotopaxi. Podejście jest dłuższe, wysokość większa, warunki bardziej surowe, a zmęczenie na końcowym odcinku ogromne.

Ale jest coś, czego Cotopaxi nie może zaoferować.

Stajemy na szczycie najwyższej góry Ekwadoru i na najdalszym od środka Ziemi punkcie jej powierzchni. I ta świadomość przebija wszystkie urokliwe zakątki Cotapaxi National Park.

Chimborazo jest jednak górą raczej dla osób, które mają już doświadczenie z lodowcami. Nie jest to dobre miejsce na pierwszą przygodę z rakami, czekanem i poruszaniem się na linie. Na wysokości ponad 5000 czy 6000 metrów nie ma już czasu ani siły na naukę podstaw.

A kiedy po wielu godzinach marszu stajemy na wysokości 6286 metrów, patrzymy na budzący się dzień i wiemy, że właśnie zdobyliśmy szczyt, który jest najdalej położonym od środka Ziemi punktem jej powierzchni, wszystkie zimne noce, zmęczenie, brak apetytu i kolejne mozolne kroki nagle przestają mieć znaczenie.

Zostaje tylko satysfakcja.



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *