Camino de Santiago COVID. Pielgrzymka do grobu Św. Jakuba w czasie pandemii.

Pandemia wywróciła nasze plany do góry nogami. Miesiące przygotowań na nic. Musieliśmy mieć nowy plan. Szybko! Otwierają się granice – jedziemy. Hiszpania nie aż tak daleko, ale 3000 km to co najmniej trzy dni drogi. Trudno, wyruszamy! Kierunek Santiago de Compostela i pielgrzymka, która chodziła nam po głowie już kilka lat.
Dwa dni przed wyjazdem ruszyły samoloty. Lot do Barcelony i to w bardzo atrakcyjnej cenie to gratka. Barcelona jest piękna, a czas zaoszczędzony na podróży samochodem przeznaczymy na zwiedzanie. Lecimy!

Na lotnisku i w samolocie pustki


O tym, co spakować na camino a czego nie
i ile kosztuje pielgrzymowanie do Santiago będzie dalej.


Dziwnych sytuacji nie brakuje. Pustki na lotnisku, mierzenie temperatury. Deklaracje, że nie chorujemy i nie byliśmy przez dwa tygodnie w sklepie z żywymi zwierzętami. W samolocie większość miejsc pustych. Po wylądowaniu w Barcelonie nadrabiamy kilkaset metrów drogi po to, tylko żeby przejść przed kamerą termowizyjną. Wyjście z terminala utrudnione, nie możemy dostać się na kolejkę. Musimy iść na stację metra. Dodatkowe przesiadki metro – kolejka. Gubimy się, jest już późno, z trudem znajdujemy hotel. Recepcjonista wita nas ze zdziwieniem twierdząc, że nie ma rezerwacji. W końcu sprawa się wyjaśnia, jest pokój, mamy łóżka, radość w pełni.

Smutna Barcelona, zamknięta Sagrada Familia


Jeden dzień w smutnej Barcelonie sparaliżowanej przez COVID na ustalenie dalszych szczegółów podróży. Nasz plan to dotrzeć do Lugo i stamtąd wyruszyć na pielgrzymkę. Okazuje się, że to nie takie proste. Nie możemy zarezerwować jedynego autobusu a pociąg to pięć przesiadek – na pewno się pogubimy. Decydujemy się na wynajem samochodu. Pierwsze podejście niewypał – po kilkudziesięciu próbach rezerwuje samochód przez internet w niewłaściwym terminie. Wizyta w biurze zajmującym się wynajmem – tu już prościej, ale cena dwa razy większa.



Odbieramy samochód i jedziemy. Planujemy przystanek w Burgos, bo 1200 km na jeden raz to trochę za dużo. Początek trudny. Ulice nieznane, nawigacja szaleje, a Fiacik 500 ma manualną skrzynię. Jak, że odwykłem od zmiany biegów. Na trasie wszystko się uspokaja. Pięćsetka, mimo moich obaw, daje sobie doskonale radę na autostradzie. Do Burgos docieramy późnym popołudniem. Miła pani recepcjonistka z pietyzmem dezynfekuje klucze do pokoju i udziela instrukcji jak zjeść hotelowe śniadanie w czasie pandemii. Burgos ma przepiękną starówkę, na ulicach mnóstwo ludzi i coś, co przykuwa naszą uwagę – znak muszli i żółta strzałka. To symbole dla pielgrzymów. Stylizowana żółta muszla przegrzebka na niebieskim tle to zgodnie z wielowiekową tradycją symbol camino (pielgrzymki) do Santiago de Compostela. Żółta strzałka ma za sobą tylko kilkadziesiąt lat tradycji, ale jest bardziej praktyczna 🙂 Emocji nie brakuje. Przecież my już niedługo ruszamy.

Muszla i żółta strzałka



Wyjeżdżamy rano. Jedziemy drogami oznaczonymi „Camino de Santiago”. Wzdłuż trasy liczne strzałki dla pielgrzymów, a my mamy przerażenie w oczach. Na samochodowym termometrze temperatura dochodzi do 36 stopni, a wokół otwarte przestrzenie. Po prostu nas usmaży! Zjeżdżamy z głównej drogi. Ładnie, malowniczo, ale żar się leje z nieba.



Dojeżdżamy do Lugo. W potężnym hotelu pustki. Mam wrażenie, że jesteśmy sami. Zostaje nam sporo czasu na zwiedzenie miasta. Oglądamy katedrę, chodzimy po murach miejskich i zwiedzamy starówkę. Dopytujemy, gdzie się da o Credencial del Peregrino – rodzaj „paszportu” potwierdzającego odbytą pielgrzymkę, w którym zbiera się pieczątki dokumentujące przebytą drogę. Dopiero późnym popołudniem otwiera się biuro przy kościele Parroquia de Santiago A Nova znajdującym się w centrum miasta. Dwa euro i mamy Credencial z pierwszą pieczątką. Jesteśmy pielgrzymami!
Proponuję wam zarezerwować sobie trochę czasu na zwiedzanie Lugo. To miasto założone na długo przed naszą erą. Dwa tysiące lat temu zdobyte przez Rzymian, którzy wybudowali tu potężne mury obronne – obecne wpisane na listę UNESCO i dostępne do zwiedzania, czy raczej spacerowania po nich.

Lugo. Mamy Credenciale



Hotel opuszczamy po 8 zgodnie ze wskazówkami innych pielgrzymów, że warto wyruszyć przed upałem. Pierwsze wrażenie – szok termiczny 🙂 Na zewnątrz jest tylko 10 stopni. Hiszpania, lipiec a tu po prostu zimno. Tego żeśmy się nie spodziewali. Nie wymiękamy. Temperatura szybko rośnie, a plecaki zaczynają grzać.

Nie będę się rozpisywał, czemu zdecydowaliśmy się na pielgrzymkę. Na pewno tysiąc lat tradycji miało duże znaczenie. Powodu wyjścia na camiono każdy musi poszukać sam. Dla mnie najważniejsze było opuszczenie strefy komfortu. Od tej chwili nie wiem, co będę jadł. Wiedziałem tylko, że będę szedł.

Tym, którzy nie czytali wcześniej o historii szlaku przypomnę, że pielgrzymki do Santiago są opisywane od 950 r.n.e. Szczyt popularności miały w XV wieku, kiedy rocznie do grobu Św. Jakuba Większego Apostoła docierało milion osób. Jest to jedna z trzech najważniejszych tras pielgrzymkowych chrześcijan obok Jerozolimy i Rzymu. Choć tradycyjne opisy odnalezienia ciała Św. Jakuba, które ma być umieszczone w katedrze, przypominają trochę bajkę, to pielgrzymowanie miało wpływ na losy całej Europy. W 1987r. szlak ogłoszono Europejskim Szlakiem Kulturowym, a 1993 został wpisany na Listę Dziedzictwa kulturowego UNESCO. Obecnie do Santiago prowadzi wiele tras zaczynających się w różnych miejscach także w Polsce. Najpopularniejsze szlaki to Francuski, Primitivo i Północny. Łączą się one, podobnie jak wiele innych, przed Santiago.
Pielgrzymowanie do Santiago z czasem zatraciło swój religijny charakter. Dzisiejsi peregrino (pielgrzymi) to często ludzie niezwiązani tak mocno z kościołem, idący z różnych powodów – także tylko turystycznych. Osoby porównujące camino de Santiago do pielgrzymki do Częstochowy będą mocno zaskoczone. Peregrino to zwykle samotnicy lub ludzie idący w małym gronie. Próżno tu szukać zorganizowanych grup, a tym bardziej przewodników z megafonem.



Żeby zostać pielgrzymem, należy dotrzeć do katedry w Santiago pieszo, na rowerze, konno lub dożeglować. Dla wędrówki pieszej najmniejszy dystans to 100 km, dla rowerzystów 200 km. Uwieńczeniem odbytej pielgrzymki może być dotarcie na wybrzeże oceanu do miejscowości Fisterra (wcześniej uważanej za najbardziej wysunięty na zachód punkt Europy stąd nazwa od finis terre – koniec ziemi) lub Muxia. (więcej o Muxi tutaj) Jedną z ciekawszych alternatyw pielgrzymki jest wyjście z Santiago i piesze dotarcie do Muxii, później do Fistrry i powrót do Santiago. Trasa wydaje nam się o tyle ciekawa, że prowadzi wzdłuż pięknego wybrzeża Costa da Morte – Wybrzeża Śmierci zawdzięczającemu nazwę wrakom statków.

Wracamy jednak na trasę. Tuż za Lugo zaczynają nam towarzyszyć piękne krajobrazy. Niewysokie góry, intensywna zieleń, małe – malownicze pola, wszędzie pełno strumyków. W głowach mieliśmy obraz Hiszpanii spalonej przez słońce. Galicja, po której idziemy, jest soczyście zielona i bardziej przypomina Polskę.



Pierwsze niespodzianki. Na trasie pusto, całymi godzinami nie widzimy nikogo. Brakuje nie tylko pielgrzymów, ale w ogóle ludzi. Poruszamy się wiejskimi bocznymi drogami, często żwirowymi, mijamy co prawda zabudowania, osób krzątających się wokół jednak niewiele. Pierwsze kłopoty. Albergue cerrado (schronisko zamknięte) Przez wiele kilometrów nie ma sklepu ani baru. Pomału zaczynamy się odnajdować. Okazuje się, że z trudem, ale da się gdzieś zjeść i znaleźć nocleg. Trzeba się tylko trochę więcej nachodzić 🙂 Po dwóch dniach spotykamy pierwszych pielgrzymów. Dwóch młodych uśmiechniętych Hiszpanów. Idą trochę szybciej niż my, ale następnego wieczoru śpimy w tym samym schronisku.

Albergue (schronisko) to taka trochę nasza agroturystyka dla wędrowców. Zwykle małe, rodzinne ośrodki oferujące pokoje lub łóżka wraz z posiłkiem. Zwykle pokój kosztuje kilkanaście euro od osoby a na posiłki – śniadanie i obiadokolacje należy przeznaczyć kolejne kilkanaście. Hospitaleros (gospodarze), z którymi mieliśmy do czynienia, byli bardzo życzliwi. Wszędzie było czysto i schludnie. Nie narzekaliśmy też na posiłki. Nie obyło się bez drobnych incydentów jak pogryzienia przez komary przy otwartym oknie, kłopotów z porozumieniem się i za dużej ilości wina do kolacji :)) . Większe schroniska – albergues comunales były w czasach COVID zamknięte. W jednym ze schronisk nie było posiłków – mieliśmy okazję zużyć zapasy.



Po dwóch dniach zmęczenie zaczęło dawać się nam we znaki. Otarcia na stopach, ból barków, znużenie. Przechodziliśmy ponad dwadzieścia kilometrów dziennie. Myślę, że dla wprawnego piechura trzydzieści też nie powinno być wielkim wyzwaniem. Dużym utrudnieniem jest plecak. Z godziny na godzinę staje się coraz cięższy. Kolejny problem to stopy – coraz trudniej włożyć rano buty.

Szlak jest piękny, malownicze pagórki, kwiaty i zieleń. Dużo licznych podejść, ale nie są zbyt strome. Omijamy główne drogi. Trasa jest fantastycznie zaplanowana. Przechodzimy tunelami pod bardziej ruchliwymi ulicami lub kładkami. Galicja to tereny rolnicze więc zdarzają się kawałki szlaku upstrzone krowimi plackami tak, że nie sposób ich ominąć. Na szlaku wyznaczone są miejsca na odpoczynek. Od blaszanych budek w kształcie przystanków po pięknie zagospodarowane ogródki z możliwością ochłodzenia nóg w wodzie. Na niektórych zatrzymujemy się tylko ze względu na ich urok.



Szlak jest dobrze oznaczony, ale trzeba cały czas rozglądać się za znakami. Betonowe słupki mają zapisaną odległość do Santiago. Bardzo nam tej informacji brakowało, kiedy ich zabrakło. Na trasie bardziej przydają się żółte strzałki. Czasami to tylko wymalowane na płocie sprejem znaczek albo prowizoryczna tabliczka. Zgubienie szlaku zdarza nam się kilka razy. W mieście, gdzie dużo uliczek lub na odbiciach od głównej drogi, kiedy łatwo przeoczyć oznakowanie. Zawsze znajduje się jakaś pomocna dusza przywołująca nas do porządku 🙂 bo każdy dodatkowy kilometr to wyzwanie. Czasami szlak rozwidla się i ma alternatywny – równoległy przebieg. Wywnioskowaliśmy, że te dodatkowe drogi są skierowane na większe odludzia i bardziej atrakcyjne plenerowo. Jeśli szukacie posiłku, sklepu lub schroniska lepiej trzymać się głównego szlaku.



Odwieczny problem, co zabrać ze sobą w drogę. Pomysłów jest wiele. Ja zacznę od tego, co nie zdało egzaminu.
Latarki – porażka. Dzień był w lipcu długi, wszędzie było światło.
Pościel, poduszki i koce – w każdym schronisku były na wyposażeniu pokoju.
Menażki i sztućce – przydały się tylko raz w schronisku, w którym nie było posiłku.
Niewiele pożytku mieliśmy z płaszczy przeciw deszczowych, opatrunków, kubków, ale zabrania ich nie żałujemy.

Dwie najważniejsze rzeczy na camino to buty i plecak.
Polecam lekkie, sportowe obuwie. Cięższe wersje obuwia trekingowego nie miały uzasadnienia z powodu upałów i utwardzonych dróg. Sandały, choć wygodne to, nie zapewniają wystarczającej amortyzacji i były niepraktyczne na żwirowych odcinkach. Nadawały się za to jako alternatywa dla zmęczonych nóg po południu.
Zgodnie z regułą, że plecak nie powinien ważyć więcej niż 1/10 twojej masy ciała zabieramy rzeczy tylko niezbędne. Po spakowaniu się robimy remanent i wyciągamy jeszcze kilka 🙂 Każde 100 gram po kilkunastu kilometrach będzie dodatkowym obciążeniem stawów i powodem narastającej frustracji.
Nasz błąd polegał na wzięciu dwóch plecaków o takiej samej objętości 30 litrów, przez co Kasia – 52 kg musiała nieść prawie tyle samo co ja – 83 kg. Walczyła dzielnie 🙂
Najlepiej zdawała egzamin lekka, syntetyczna odzież. Zajmowała mało miejsca i szybko schła po upraniu.
Napoje: Nie warto obciążać się racjami wody na cały dzień. Trzeba mieć świadomość, że dostępność wody, czy możliwość zrobienia zakupów jest mocno ograniczona. My zabieraliśmy ilość wystarczającą na pół dnia.



Koszty pielgrzymki. Tu niestety małe rozczarowanie. Pielgrzymowanie kosztuje. Schronisko to wydatek 10 do 15 Euro od osoby za noc. Śniadanie i obiadokolacja to kolejne kilkanaście Euro. Najtańsze noclegi – albergue comunale w czasie naszej wyprawy były zamknięte. Nie braliśmy pod uwagę biwakowania pod chmurą, ale przy schroniskach widzieliśmy hamaki na drzewach. Podobnie własne wyżywienie byłoby dużym kłopotem. W schroniskach nie było miejsca na przygotowywanie posiłków, a zakup prowiantu na szlaku był praktycznie niemożliwy. Razem z posiłkiem w południe nasze dzienne wydatki przekraczały 40 Euro na osobę. Dodatkowym kosztem może być usługa dowożenia bagażu, z której nie korzystaliśmy. Wielu Hiszpanów pielgrzymowało tylko z małym bagażem podręcznym.

Ostatnie kilkanaście kilometrów przed Santiago okazało się najmniej ciekawe. Trasa gorzej oznakowana, brak miejsc na odpoczynek, okolice podmiejskie mniej atrakcyjne widokowo. Przed miastem dołączyliśmy do najpopularniejszego Szlaku Francuskiego. Pojawili się pielgrzymi. Drobne uprzejmości i powitania „buen camino” Była też okazja, żeby dużej porozmawiać. To jeden ze sposobów, żeby szybciej ubywało drogi. Jeden z najmilszych widoków w czasie pielgrzymki to obraz wież katedry w Santiago, które widać już z odległości kilku kilometrów. Na starówce plątanina uliczek, ale znalezienie katedry nie jest trudne.

Katedra w Santiago od strony Placu Obradoiro


Praktyczna rada. Lepiej najpierw odszukać miejsce noclegu a później bez bagażu iść do katedry. Biuro katedralne, gdzie wydawane są potwierdzenia odbytej pielgrzymki znajduje się kilkaset metrów od katedry. Nam zajęło kilkadziesiąt minut odnalezienie go, co na zmęczonych nogach było już wyzwaniem. W samym biurze rygor epidemiologiczny. Najpierw krótki wywiad przed wejściem, obowiązkowa dezynfekcja rąk i maseczki, od których trochę odwykliśmy. Pomimo, że w samym biurze byliśmy z Kasią jedynymi pielgrzymami, obsługa zwracała nam uwagę o konieczności zasłaniana nie tylko ust, ale też i nosa. Po wypełnieniu krótkiego formularza, a w nim deklaracji celu pielgrzymki dostaliśmy zaświadczenia po łacinie razem z gratulacjami odbytej pielgrzymki.
Katedra nas trochę rozczarowała, głównie za sprawą remontu. Fasada była obudowana rusztowaniami. Podobnie liczne rusztowania były w środku. Do grobu Św. Jakuba nie mogliśmy zejść. Do samej katedry nie wolno wchodzić z plecakiem.

Katedra w Santiago z Alameda Park



Zostawiliśmy sobie jeden dzień na zwiedzanie Santiago de Compostela. Najbardziej podobała nam się starówka. Liczne kościoły i klasztor San Martino Pinaro. Do zlokalizowanego na wzgórzu pełnym futurystycznych budowli Centrum Sztuki Galicyjskiej nie dotarliśmy z powodu zmęczenia. Zachwycił nasz też położony w centrum Alameda Park, z którego jest piękny widok na katedrę.

Następnego dnia mieliśmy już bilety na pociąg do Barcelony. Mimo w miarę komfortowego wagonu kilkanaście godzin w trasie było nużące.



Czy było warto? Bez sprzecznie tak! Galicja jest piękna, widoki wspaniałe a trasa ciekawa. Drogę można urozmaicić, schodząc z głównego szlaku i zwiedzając okoliczne zabytki i pomniki przyrody. Na trasie jest sporo mapek z takimi sugestiami. Satysfakcja z pokonania własnych słabości gratis 🙂

Chcesz zobaczyć więcej zdjęć? Zajrzyj do galerii



1 thought on “Camino de Santiago COVID. Pielgrzymka do grobu Św. Jakuba w czasie pandemii.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.